23 lipca 2017

Jest dużo deszczu, jeszcze więcej gęsi, jedno słońce ale wiele ciemnych chmur. Poranki upływają szybko, pod palcami, szybkie łapanie miejsca wzrokiem; w tym miejscu ciało zostaje uśpione. Gdy duch biega, szuka, podróżuje, walczy i spada- ciało w miejscu, ciało znika, ciało jako tylko ciało. Bo na ciało nikt nie patrzy, nikt zupełnie go nie obserwuje, nie zastanawia się nad nim, co pod nim, co w nim. Myśli jak statek, prędki statek, tam i tu, kreślą i kolorują kształty, których nie ma i może nigdy nie będzie. Czekam na armatę, która wysadzi moje ciało gdzieś daleko, w inny piasek, gdzie nie będzie ono patrzyło tylko na rosnące kamienie, ale zacznie iść na równo z myślami.
Pod kołdrą wiąże jedną nogę z drugą, łapie siebie samą za ręce, tworzę niemożliwie kolorowe scenariusze, szukam rozwiązań których nigdy nie poznałam.
Dniami towarzyszę dwójce ludzi, ludzi względem siebie bardzo wrogich, ludzi strzelistych i wyraźnych, o określonym konturze, określonej przyszłości i przeszłości. Staram się wśród nich znaleźć grunt, wyjąć po słusznej zasadzie, tymczasem jestem tylko żołnierzem z kilkunastoletnią nieudaną już misją rewitalizacji ich obu na rzecz pokoju. Konflikt rzuca mnie o ścianę. Razem z chorobami, nieufnością i biedotą.
Bardzo lubię, gdy nie ma obok mnie nikogo, żadnych sieci, słów, przedmiotów, pieniędzy. Nic nie muszę chcieć, jestem sama pośród mnożących się myśli, pośród tego co jest. Drzewa, mech, pająki - tu i teraz. Bociany, noc. Serce, gwiazda. Wiatr, oddech. Słowo, mrok. I szelesty
Wychodzę, ale ciągle wracam; krzyczę, ale milczę.
Dziś tańczyłam z powietrzem, rozmawiałam z pająkiem, zastanawiałam się gdzie idą chmury, śmiałam się ze słońca, że zupełnie jak ja schowało się dając lekki tylko świt. Nie chcę wracać, nie chcę być znów, nie chcę tego samego. W śnie byłam nad morzami, uratował mnie rabin, a potem nago się kąpałam.
Śniadanie, obiad, kolacja, zjedz coś, nie pal tyle, wyjdź, co u ciebie, u mnie tak, wczoraj, dziś, jutro, duże miasto, mała wieś,  woda, lustro, mina, samochód, krzyk, ulica, chodnik, smycz, brzuch, ramiona, oczy, pies, szczur, chrapanie, strony. I wrony.
Belzebub i nitka miłości.


29 czerwca 2017

Mdłości. Stan skupienia, który prosi ciebie o zwrotność treści i uczuć. Lekkie kołysanie na linii brzuch i gardło. Przyjemny świat i przyjemna zawartość żołądka. Kolorowe figury, dominujące barwy, wszystko w dobrze dobranej tonacji. Na posadzce. Mdłości. Miałam je wczoraj, będę miała jutro i może za kilkanaście lat. Na posadzce, w monochromie, w czule osadzonej kompozycji. Moje mdłości.

29 maja 2017

 Widzę jak pod rumianym niebem morze ma odpływ, zabiera siebie w inne miejsce. Ludzie milcząco wiją się na plaży, obejmują samych siebie i tracą oddech z odrobiną piasku na ustach.

Jestem teraz nikim nigdzie.

18 maja 2017

Dwa Charty siedziały na przeciw siebie przy stole. Obrus w kratkę, po pół kieliszka wódki na każdego, trochę mleka do popicia.
- Chcę powiększyć rodzinę.
Zapadła cisza. Drugi Chart powoli odpalił papierosa, przyjrzał się dokładnie swojemu towarzyszowi, wstał, włączył ulubioną płytę Johna Coltrane'a, wrócił do stołu.
- Chcę żeby dłużej trwała noc. Łatwiej mi wtedy żyć. Wyjadę chyba na północ. - odpowiedział.
Pierwszy złapał się za głowę i zalał potem. Wychylił szybko kieliszek i kilkakrotnie tupnął nogą do muzyki.
- Wydaje mi się, że ostatnie miesiące spędziłem na niczym. Wiesz, o ile nic może istnieć. Virginia mówiła, że to taki czas - wata, nie robisz nic ważnego a twoje życie bardzo szybko wtedy znika. Robisz to co musisz, nie to co chcesz, nie to co powinienieś, tak od środka, jako ty- wyjątkowy pies, tylko tłuczesz po kolei każdy z obowiązków. Na północy to się zmieni. Będę w innej sytuacji, nie będę rozróżniał dnia i nocy, kto wie, może urośnie mi inne futro, zmieni mi się pysk. Cokolwiek. Ty chcesz rodziny. Ty na prawdę chcesz rodziny?
- Nie.
- No widzisz. Ty ciągle zmyślasz, żeby siebie urozmaić. Zmieniasz cele, żeby tylko do nich chwilę dążyć, a potem szukasz innego. Żeby ciągle szukać. Ja chcę znaleźć coś, czym będę.., do końca, tak na prawdę, nie że przypadek chciał, tylko ja to pokocham.. Jak myślisz, czego słuchają na północy?
- Ciszy.
- No dobra, to sobie wyobraź. Będę w tej ciemności słuchał ciszy, pił ciepłą wódkę, nosił na ramionach grube futro po foce. Znajdę siebie i wrócę.
- Tutaj?
- Nie. Do środka.
- Okej.


12 maja 2017

Pole obiektu malarskiego powinno być aktywne do wewnątrz i na zewnątrz. Do wewnątrz- jako istnienie ruchomych współrelacji definiujących się w związki pół-stałe oraz na zewnątrz- w relacji do odbierającego oka.

5 kwietnia 2017

Kac.

Trochę szorstko i trochę na wyrost. Kac jest beznadziejny, tak jak dziura na niebie. Ciągnie się przepadając i robi nowe historie- na wątrobie, na sercu, na dłoniach. Spierzchnięty, niedostateczny i wulgarny. Całkiem prosto byłoby odwrócić się od niego do ściany, zapomnieć, przemaszerować potem wśród ludzi, zabrać kilka kieszeni i ukryć w nich majątek. Tymczasem jadę samochodem. Wyjmuję ze skrzynki starego batona, otwieram opakowanie i wącham go. Nie śmierdzi, ale go nie zjem. Czuję, że jestem podobna teraz do tego batona. Jest też stara guma do żucia, żuję ją. Kadry na zewnątrz mijają mnie szybko, jestem dla nich obojętna, one zresztą dla mnie też. Dużo ludzi, widzę że czują wiosnę, starają się lepiej ubrać i wyglądać na świerzych, ale i tak cuchnie od nich zimą. Wracam do domu. Od kilku dni przez ich połowę trwania nic nie mówię. Piorę po cichu czarne ubrania. Oglądam brud. Nie potrafię sprzątać. Siedzę w oknie, patrze na marki samochodów. Widzę długie mapy kurzu na ścianach. Układają się jak girlandy. Pies gubi włosy. Siadam do biurka, piję przedwczorajszą kawę. Chciałabym wrzucić teraz jego zdjęcie i podpisać stosownym tagiem. Dziewczyny na pewno nie mają takiego brudu na biurkach. Myślę o instagramie i zastanawiam się dlaczego ludzie są tacy głupi. Frustracja nie jest dobrym kierunkiem. Wracam do ginu, który piliśmy wczoraj w łóżku. Gin, tonik, plasterek cytryny. Ja, on, plasterek uczucia. Znowu zastanawiam się nad ludźmi.

1 kwietnia 2017

Dzień zaczął się bardzo wilgotno,właśnie wtedy k iedy gwiazdy przestały spadać. Chłodna biel pościeli cicho uśmiechała się do drzew za oknem, zupełnie zapominając o tych których okrywała. Roślinność zaczęła się organizować w porządek nie znany dotychczas wśród gatunku. Ryby pokryte były szarością z flauszu, trzcina zaczynała poranne pogaduszki z nożem. Deski na pomoście mówiły o umieraniu, a bluszcz cicho przemieszczał się z drzewa na drzewo. Pszczoły, nadęci innowiercy, rozpoczynały orgie wśród kwiatów, za nic miały sieci domów pajęczaków, które po zimowym święcie ciężko przełykały ślinę. Łopata, ciężko wbita w ziemię, badała terytorium, snuła wizje o tym jak pokonała pewnego dnia świat. Tymczasem jeden z Okrywanych przewracał ciałem zgodnie ze wskazówkami zegara, mierzył świt rzęsami. A rzęsy miał niesłychane, proste i dalekie, z czułością dbały o oko, by nie trafił do nich kurz. Białko olane miał łagodnością, gdzie głęboko w soczewce ukrywał swoją pieszczotliwość i dobroduszność. Mimo, że na górnej wardze ukrywał resztki wczorajszego obiadu, jego głód sięgał dalej; razem z parą nóg postanowili zadbać o ten dzień, który za oknem toczył się już na dobre. Rozgrzane szyby otworzyły się na powietrze, które mknęło w tylu przeciwnych kierunkach. Drugi z Okrywanych, typ podłużny i leniwy, rozciągał się z kąta w kąt. Zamiast rzęs dbał by grzywka zasłoniła wzrok, wzrok łakomy i o wzburzonym horyzoncie. Ciało krągłe, zaznaczone prostą geometrią czerni trójkątnej i bieli prostokątnej walczyło z krzywiznami pod włosami. Ręce, chociaż bardzo długie, nie potrafiły obejmować, usta choć bardzo zaznaczone na znak miłości nie potrafiły całować. To nie grunt pod nogami zdawał się być niestabilny, ale kadłubek. Biologia na zewnątrz zdawała się korespondować między sobą nienagannie, nie chodziło nawet o wymianę, o dobre uczynki, ale o reakcje, o zachowanie, o jego istnienie - przeciw czasowe i przeciw podmiotowe. Okrywani niewątpliwie między sobą także mieli więź. Więź poplątaną, czasem tymczasową, czasem bardzo zdjednoczoną. Gdy pierwszy z Okrytych pokryty był białym futrem, drugi zdawał się być w łaty. W pewnym sensie móglbym powiedzieć, że ich relacja wpadła do słoika, gdzie ulegali fermentacji, zmieniali swój smak i konsystencje, ale jakby na rzecz swojej pierwotności, embrionalności, gdzie doświadczenie nie maczało swoich palców w kolorycie i łasce. Czy było to s m a c z ne ? Nie wiem. Codzienność nie jest smaczna, tak jak marzenia łopaty o zdominowaniu świata. Tak Okryci pędzili swoją gorzkość, by utkać coś prawdziwego. Przecież zakładamy, że prawda będzie zjawiskowa, przyciągająca oko i uszy, ale ona jest surowa, przejrzysta, wiosną mętna jak kwitnąca woda. Dlaczego nie okryć się czymś bezsprzecznie urodziwnym, godnym pochwał i uznania, dlaczego nie dbać o powierzchowność i żyć spokojem utkanym z uznania? Można powiedzieć, że Okryci poszli na drogą na odwrót. Zamiast teraz tworzyć drogę czerwonemu dywanowi, oni na boso po ziemi, stopy brudne i okaleczone, ale zawsze mogli liczyć, że drugi je opatrzy.

19 marca 2017

Wstanę, ale później. Minęły dwa dni.
Nie wiem która część ciała mi gnije, może wąż w głowie, coś wyraźnie się jednak rozkłada, czuję jak zostawiam resztki tego zapachu w domu. Szukam papierosów i wszędzie nos zatyka odór rozkładających się cząsteczek węża, to zabawne- w każdym kącie pachnie inaczej. Ostatnio śnił mi się ten wąż, był całkiem kolorowy i grzeczny, uprzejmie prosił mnie o filiżankę herbaty, śmiałam mu się prosto wtedy w twarz, bo przecież ja nie wiem co to filiżanki. Zastanawiam się czy na wiosne będzie opcja, żeby otworzyć okna i tego węża po prostu wywietrzyć. Wstanę na prędce z łóżka, otworze wszystkie 6 okien, zupełnie na oścież, świeże powietrze prosto spod samochodów wpadnie w dobytek mieszkalny i pogromi węża. Ja myślę, że będe wtedy tańczyć licząc na cztery, wydaje mi się że przy takich procesach wyganiania, pożegnania - trzeba tańczyć.

21 lutego 2017

Gdyby nie-szczęście miało nogi.






17 lutego 2017

Dopiero kiedy dokładnie opuszczę wszystko , zaczyna jawić się rzecz. Jestem wtedy tak daleko, że w zasadzie mnie nie ma. Czuję ogniki i materię, moje ciało jest wprawione w nieskończony skok. Rzecz jawi się brunatna, gorąca; istnieje bez ciała ale poprzez oddech. Obok bardzo wysoki, jednostajny dźwięk. Boli, ale utrwala porządek. Czarne jezioro albo  białe morze wokół.

**

Ludzie jak wyrąbane ptaki poruszają się na kołach. Każdy z nich toczy kulę waty, zamiast rąk po kilka prętów. Odziurawione ciała; w szczególności łona i stopy. W kręgu, nad nimi substancje.